A teraz coś z zupełnie innej beczki. BBeczki. Siódmej z kolei, jeśli się nie mylę.
W tym roku nie pojadę do Berlina. Bo niby po co? Po post art? Po post card? Po post? Zanegowana dużo wcześniej przez kuratorów BB koncepcja wystawiania prac artystów na biennale oraz głoszone postulaty dotyczące funkcji sztuki społecznie zaangażowanej, wydaje się, odeszły w niepamięć. Bo ostatecznie zrobiła się wystawa. Instalacja się jakaś zrobiła. I to taka, którą mam ochotę "artystycznym gestem" zbojkotować. Dlaczego?
Bo zamiast pojechać do Berlina przekonać się o swej fatalnej omylności i pokochać na powrót ideę spalenia galerii i szukania sztuki gdzieś indziej - przeczytałam o Berlińskim Biennale kilka tekstów. Teksty te spowodowały u mnie reakcję alergiczną, wypryski na skórze oraz słowotok rewolucyjny, postanowiłam więc skupić się na powyższych. Tekstach, ma się rozumieć. Nic to wszak nowego - pisać o wydarzeniu, którego się nie widziało, do którego opasłego wydawnictwa się nie zerknęło a teksty krytyczne czytało się pobieżnie i pod wpływem upojenia wkurwem. Mój sprzeciw sankcjonuje przynajmniej to, że ja także należę do ludu, pięść więc w górę wznieść mi wolno. A tekstów było kilka. Niektóre całkiem dobre.
Tekst pierwszy.
Occupy Biennale. Ruch pięknie nazwany "occupy", jakiekolwiek nie byłoby jego żródło, jest w tej chwili lekko martwy, stał się pop artowskim znakiem, czymś takim jak przypinka z nazwą ulubionej kapeli punk albo z Brucem Lee. Tym, z czym fajnie jest się zidentyfikować i pokazać pod Planem B. Już podczas pierwszych protestów na Wall Street (a byłam wtedy w NY) po którymś tygodniu medialnego szumu i niesklejonych w nic wypowiedzi, okupujący byli raczej atrakcją turystyczną podobną do pomników w miejscu WTC a noszenie w klapie hasła "We are the 99%" stało się milczącym, biernym dosyć, przyklepaniem prawdy. Być może jest to nowy sposób rewolucjonizowania świata - rewolucja w stylu pop. Ja nie wierzę w taką moc sztuki, która pozwoliłaby zmieniać świat. Wykreowanie sytuacji przypominającej tę z Wall Street w galerii jest niczym innym, jak stworzeniem instalacji. W galerii, żeby nie było. Co więc jest tym razem okupowane? Sztuka? Jej akademicki charakter? Instytucja? Bo o tym, co złego dzieje się na świecie można dowiedzieć się z internetu przy odrobinie zaangażowania.
Tekst drugi.
Mamy taką, łatwą do zaobserwowania, polską, przypadłość kuratorską, która polega na tym, że czegokolwiek się polski kurator-artysta (czy tam wystawiennik) nie podejmie i tak zaprezentuje swoje prace. Jakiś się kontekst dla nich zawsze znajdzie. Ważny być chyba musi, skoro ilustruje nadrzędne kuratorskie idee. Jeśli kurator prezentuje swoją pracę na wystawie, która wystawą miała nie być, to ja okupuję tę wystawę. Kamieniami w nią rzucam.
Tekst trzeci.
"Bo świat sztuki nie może obejść się bez wernisażu, a czasem nawet szampana". Skoro jest wernisaż i szampan, to jest też i wystawa. Taka w dosyć tradycyjny, znany od lat, sposób zorganizowana. Według schematów, które zostały wcześniej zanegowane. Napijmy się, jest feta. Do dna feta. Dla wybrańców i zapewne na specjalne zaproszenia, chociaż głosimy inne idee.
Tekst czwarty.
Forget Fear. Nie bojcie się ale my was teraz bedziemy straszyć. Powiemy wam w końcu prawdę, będziecie zszokowani. Przywleczemy wam znowu nasze niewyleczone traumy. Nie bójcie się. Na nic innego nas nie stać, będzie jak zwykle. Jakieś truchło wyciągniemy z szafy dziadka, zamordowanego poetę, brzózkę z Auschwitz, łożysko, coś tam poboli, no, nie lękajcie się. Nie mamy nic innego do opowiedzenia prócz tych historii. Ten kamyk wrzucony w germański ogródek jest tak naprawdę wrzucony na swoje, nieprzeorane wciąż, podwórko. No i jest o czym gadać.
Tekst piąty.
"Uwagę przyciąga zwłaszcza spektakularna akcja Femenu z Kijowa. Piękne słowiańskie dziewczyny, z blond włosami i odsłoniętymi piersiami, wykrzykują swe feministyczne hasła z dzwonnicy(...). Gdy pojawia się ochrona i milicja, zachowują się nadzwyczaj profesjonalnie – stawiają bierny opór, przyjmują pozy, wyciągając w górę pięści. „Dziewuszki” kończą na pace".
Tak. To, co lubimy najbardziej. Bierny opór, wzniesione słabe pięści i gołe piersi "dziewuszek". Inne demonstracje nie są tak interesujące, można je w dwóch słowach zamknąć. Za to ładne piersi to jest to, co tę uwagę na dłuższy moment zatrzyma. Dlatego rewolucja zacznie się od cycka "dziewuszki" a nie podczas trwania Biennale, nie dzięki sztuce zaangażowanej.
Zacznie się być może na tym śniadaniu w drogim hotelu Inn lub podczas przejścia przez waginę, kiedy to nieświadomie powrócimy na łono natury czy tam kościoła czy licho wie jakie tam łono. To kuriozum przypomniało mi wczesne próby "sztuki zaangażowanej" na pierwszym roku moich studiów.
Może ta rewolucja to jednak w waginie dziewuszek się odbędzie, nie w KW, panie krytyku?
Tekst szósty.
Pojechałem na zaproszenie i koszt IAM. Mieszkałem i jadłem śniadania w hotelu Inn Berlin Mitte, jednak wciąż utożsamiam się z ruchami społecznymi, okupuję biennale, solidaryzuję się i wierzę w sprawczą moc sztuki społecznej. Nie mogłem wprawdzie wystawić niepochlebnego komentarza do wydarzenia sponsorowanego przez instytucję, która opłaca także i mój pobyt, która wydała pieniądze na produkcję wystawy (upieram się przy tym nazewnictwie). Podoba mi się ostatecznie ta formuła biennale, patrzę z wysokości szesnastego piętra hotelowego balkonu Inn i myślę, że tamci na dole to sobie ładnie działają. Ładnie. Tak rewolucyjnie, tak świat zmieniają sztuką! Jestem więc usprawiedliwiony, że wspieram korporacyjne, kapitalistyczne nawyki znienawidzonego przez nas jednego procenta. Jestem zwolniony, oni to zrobią za mnie. Ja jem śniadanie, tak mnie sztuka zmieniła. Viva la revolution. Viva pieniądze z budżetu państwa i hotele w niebiosach.
Tekst sześćset sześćdziesiąty szósty.
Zakopywanie łożyska na trawniku pod Reichstagiem to jest dopiero mocna rzecz. Aż słow brak.
Miałam chyba równie mocny i zły sen. Nie jadę do Berlina w tym roku. Rewolucje, społeczne ruchy - tak, do momentu, kiedy nie są kłamliwe, sponsorowane przez króla i zakopywane pod Reichstagiem. I nie podpisuję oświadczenia, że nigdy nie wezmę narkotyków, bo żeby jakoś przełknąć to wszystko, trzeba jednak się tym zielskiem porządnie zaciągnąć.
"Wystawy szkodzą sztuce (...) im mniej będzie wystaw na Biennale, tym lepiej". No właśnie.
Nie zaskarbię sobie sympatii decydentów tym wpisem. Okupuję ich ile wlezie.
everybodyknowsthat
środa, 9 maja 2012
piątek, 13 kwietnia 2012
Litania do. cz.II ("Piątek trzynastego")
Nieźleś się urządził, Panie Szatanie, no nieźle.
Że Ci takie głupoty do głowy przychodzą! Żeś się uparł jak ten wsiowy baran i stoisz z rogami nastroszonymi za winklem Narbutta (róg Wiśniowej). Stroszysz się prześmiesznie. Przebierasz. Puszysz. Prezentujesz się modnie, zmieniasz codziennie na lepsze zdjęcia swoje profilowe. Wijesz się tam, o życiu coś niby pod nosem se buczysz, ale cie nie słychać. Że źle, że pomyłka, że błagasz, że. Mijam cię tam stojącego codziennie, kiedy z psem na spacer biegnę. I nadziwić się nie mogę.
Aleś się dał urządzić, głupcze.
Stoisz i kwilisz a nikt cię nie słucha. Miotłą zamiatasz, śmieci pod nogi rzucasz. Te takie drobnostki niby, cudzymi nieświadomymi rękoma pod oczy, że przez przypadek niby. Ja w te przypadki nie wierzę. Ta twoja złośliwość niemowlęca jest lub najdalej przedszkolna. Już nie działa. Chcesz tu zamieszkać z nami a drzwi są wiecznie zamknięte. Jaki ty słaby być już musisz, że przez zamknięte nie przechodzisz. Przytyłeś? To ze zgryzoty wcinanych słodyczy w nadmiarze i od spędzania roboczogodzin na fejsbuku, lajkowania i komentowania cudzego życia. Podglądania. Tak się sfrustrowałeś, że ci na kuszenie sił już nie starcza. Tylko ta złośliwość, te humorki. Biedny ty, kulka w łeb ci. Obśmiany i hipsterski, popartowski z buźką swoją wytatuowaną gotykiem na plecach.
Znajduję cię raz na jakiś czas w postaci dziur i resztek, kurzu pod łóżkiem. Wtedy tam jakiś strzępek starego zdania leży obok ciebie, jakieś pofałdowane zdjęcie, no ty se tam leżysz w tym kurzu. I dociera wtedy do mnie, że nawet to cale zło, które chciałbyś mi zaaplikować nijak mnie dotyka, bo zło jest już tak samo hipsterskie jak ty, szatanie. Ograne i sprzedane.
I dobrze, że cię, szatanie, na kilka dni zostawiam na tym rogu ulic kwilącego. Masz dni kilka wolnych, ogarnij się w ich czasie, mi tu przy stole głowy więcej nie zawracaj, mam inne, ważniejsze sprawy, niż przyglądanie się twoim nieapetycznym sztuczkom. Tę niemoc przekuj w jakieś zło konstruktywne, proszę. Niech się mury walą, błyska niech się o 4.44 nad ranem, Bob niech głośniej wrzeszczy do ucha, no, zróbże jakiś spektakl ciebie wart, bo to kwilenie to jałowe jak diabli. Durny ty.
Za zdjęcie dziękuję Tomkowi, szatanie.
Że Ci takie głupoty do głowy przychodzą! Żeś się uparł jak ten wsiowy baran i stoisz z rogami nastroszonymi za winklem Narbutta (róg Wiśniowej). Stroszysz się prześmiesznie. Przebierasz. Puszysz. Prezentujesz się modnie, zmieniasz codziennie na lepsze zdjęcia swoje profilowe. Wijesz się tam, o życiu coś niby pod nosem se buczysz, ale cie nie słychać. Że źle, że pomyłka, że błagasz, że. Mijam cię tam stojącego codziennie, kiedy z psem na spacer biegnę. I nadziwić się nie mogę.
Aleś się dał urządzić, głupcze.
Stoisz i kwilisz a nikt cię nie słucha. Miotłą zamiatasz, śmieci pod nogi rzucasz. Te takie drobnostki niby, cudzymi nieświadomymi rękoma pod oczy, że przez przypadek niby. Ja w te przypadki nie wierzę. Ta twoja złośliwość niemowlęca jest lub najdalej przedszkolna. Już nie działa. Chcesz tu zamieszkać z nami a drzwi są wiecznie zamknięte. Jaki ty słaby być już musisz, że przez zamknięte nie przechodzisz. Przytyłeś? To ze zgryzoty wcinanych słodyczy w nadmiarze i od spędzania roboczogodzin na fejsbuku, lajkowania i komentowania cudzego życia. Podglądania. Tak się sfrustrowałeś, że ci na kuszenie sił już nie starcza. Tylko ta złośliwość, te humorki. Biedny ty, kulka w łeb ci. Obśmiany i hipsterski, popartowski z buźką swoją wytatuowaną gotykiem na plecach.
Znajduję cię raz na jakiś czas w postaci dziur i resztek, kurzu pod łóżkiem. Wtedy tam jakiś strzępek starego zdania leży obok ciebie, jakieś pofałdowane zdjęcie, no ty se tam leżysz w tym kurzu. I dociera wtedy do mnie, że nawet to cale zło, które chciałbyś mi zaaplikować nijak mnie dotyka, bo zło jest już tak samo hipsterskie jak ty, szatanie. Ograne i sprzedane.
I dobrze, że cię, szatanie, na kilka dni zostawiam na tym rogu ulic kwilącego. Masz dni kilka wolnych, ogarnij się w ich czasie, mi tu przy stole głowy więcej nie zawracaj, mam inne, ważniejsze sprawy, niż przyglądanie się twoim nieapetycznym sztuczkom. Tę niemoc przekuj w jakieś zło konstruktywne, proszę. Niech się mury walą, błyska niech się o 4.44 nad ranem, Bob niech głośniej wrzeszczy do ucha, no, zróbże jakiś spektakl ciebie wart, bo to kwilenie to jałowe jak diabli. Durny ty.
Za zdjęcie dziękuję Tomkowi, szatanie.
niedziela, 11 marca 2012
Litania do. cz.I
Wchodzę przez drzwi budynku F ,G, E czy tam D. Do dzisiaj, po przeszło dwóch, trzech, czterech latach, nie wiem przez jakie drzwi wchodzę. Jaka jest ich ważna nazwa, a jest z całą pewnością i wszyscy ją znają. Oprócz mnie, abnegata systemu, co to się nie dopasuje i już. Nigdy. Gąska Martynka źle czuje się na innym, niż wcześniej wytyczony, szlaku. Gubi się a tętnica szyjna jej zdenerwowaniu wtóruje.
Jak zwykle sennie odbijam portfelem, odbijam, jak w metrze, jak zwykle. Odbijam. Piiiiip.
"Wchodzimy tylko za okazaniem identyfikatora!!!" - słyszę jakiś histeryczny wrzask. Się więc trochę rozglądam po obecnych twarzach. Histeria o ósmej rano nijak nie wpasowuje się w mój martynkowy schemat. Ani jej nie rozpoznaję, ani nie przyswajam jako komunikat adresowany do łagodnego (!) mego usposobienia."Identyfikatory pokazujemy na wejściu!!" wrzeszczy ochroniarz i już mam jego łapsko zaciśnięte na ramieniu. A łapsko to nachalne jest, szarpiące i zdenerwowane wprowadzeniem nowych zasad w Wielkim Królestwie na Woronicza. Identyfikatora szuka pewnie nerwowo, a co. Jakoś trzeba sobie z tym radzić, otrząsnąć się lub zapisać do terapeuty. Na wykłady jakieś mądre się zapisać. Nie bez przyczyny w nowojorskim metrze znajdują się komunikaty mówiące, że nieuzasadniony dotyk w miejscu publicznym może być między innymi molestowaniem. Legitymizowanym przez samą Władzę.
O, szatanie, jak ty sobie to swoje Królestwo wspaniale urządziłeś!
W pas się kłaniam. Zapisuję się na wykłady. Do ciebie, mojego terapeuty.
Pierwszy wykład z żartu korytarzowego, co ocieka seksizmem. Drugi z lekcji stylu zasiadania przy stoliku w barze numer dwa i zamawiania po królewsku lurowatej kawy, tak, aby panią pracującą za barem odpowiednio o swej pozycji przekonać. Trzeci wykład z ubioru, w którym kamizelka z setką kieszeni jest nową "małą czarną", czwarty z radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych, czyli jak zadbać o własną skórę zabijając wszystkich dookoła. Musisz mnie, szatanie, jeszcze nauczyć palenia fajek w miejscach niedozwolonych, zbijania bąków na allego podczas płatnej pracy, spóźnień kilkugodzinnych i przesmradzania mnie naucz, proszę. I używania słowa "chuj" w odpowiednim kontekście, bo chyba mam braki w tym zakresie. A na piątym wykładzie, na który się zapisuję przez fejsbukowe lajkowanie, powiedz mi jak traktować otoczenie lekceważąco i jak z łatwością negować każdy przejaw innej, niż moja własna, twórczości. I skoro ci tę litanię już tutaj smażę, to dodam do smaku prośbę, abyś mnie w końcu nauczył mówić "spierdalaj mi stąd". Z odpowiednim nasyceniem nienawiści. Potrzebne mi te twoje lekcje jak nigdy. Jak widzisz.
"Mądrzejsi" ode mnie twierdzą skrycie, że co jak co, ale pisać to ja nie potrafię. I Chuj. Zapamiętać podstawowych informacji też nie. Uczenie się, czytanie ze zrozumieniem, cytowanie na zawołanie, mówienie "nie" odpowiednio głośno, posiadanie setek niepotrzebnych nazwisk w pamięci to też nie moja specjalność. Za to głupkowate uśmiechanie się stałe, które wprawia "mądrzejszych" w niezłą konsternację, opanowałam biegle. I trzymam się zawsze wtedy za brzuszek, oj śmiać się, śmiać się muszę! Aż pewnego dnia stanie się rzecz pewna, pęknę ze śmiechu, jak ta królewna.
piątek, 30 grudnia 2011
Ładni chłopcy bez prawa jazdy i brzydcy z telewizorem plazmowym
Się nie powstrzymam. Kiedy wciąż krążę wokół niespecjalnie zdarnego pytania jak to możliwe, że ci przystojni i inteligentni chłopcy nie pokusili się o posiadanie prawa jazdy? Tak. Problem to żaden i nie ma się nad czym zastanawiać. A jednak stojąc w korku, płacąc kolejny mandat za złe parkowanie i zastanawiając się, skąd tu na kolejne naprawy starego wozu wziąć, uświadamiam sobie, że ci mądrzy chłopcy (i wciąż przystojni, nic się od poprzedniego zdania nie zmieniło) posiedli jakąś tajemną wiedzę o życiu, na którą mnie zmotoryzowany ojciec uodpornił. Bo kiedy czasami zerknę zza szyby, widzę tylko smutnych i mało ciekawych chłopców. Ci mądrzy nie prowadzą samochodów, bo ich zainteresowania nie potrzebują przełożenia na sześciobiegową skrzynię i mocny silnik pchany przez setki koni. Oni, ci ładni chłopcy, myślą inaczej, jak Scout Niblett myślą, że tam się ktoś płci przeciwnej zaraz znajdzie, poprowadzi i do Nevady zabierze. Piętnaście godzin i już na miejscu. Tak. Rozsądnie. Oni nie zaprzątają swego cennego umysłu ceną paliwa i brakiem oleju w silniku. Ci piękni chłopcy, bez prawa do jazdy, nie mają potrzeby ścigania, chyba, że w kwestii intelektu, na erudycyjne zawody chodzą, kto pierwszy na czerwonym, zatrzymującym, świetle, ten pacan. Tak. Pacan. Się zatrzymał, intelektualna niezdara.
Za to Ci brzydcy chłopcy z osiedla na Pradze, co to sklejone włosy mają, wódą i potem śmierdzą, ci ścigać się lubią na telewizory. W sklepie CośAGD stoją naprężeni i zbaranieli w kolejce, bo ich brzydkie dziewczyny obsługują dzisiaj, ani żartu seksistowskiego nie zrozumieją ani na browara nie pójdą. Co? Ale telewizor plazmowy mają, wieszają go modnie na ścianie, na takim metalowym stelażu, którego cena przekracza ich możliwości finansowe i dużo wyższa jest niż sobieska flaszka (historia, a co!). Ale telewizor potrzebny jest prawie tak, jak te konie w starym Oplu. Wtedy żaden tłusty włos nie przeszkodzi, sylwestrowe koncerty, prowadzone przez brokatowe damy jak ze snu, można w hd zobaczyć. A to jest coś. Lady Punk, Lady Gaga, Lady coś tam z ameryki przyjechało do nas, do Warszawy to przyjechało!
W tym samym czasie ładni i inteligentni chłopcy (bo nic się nie zmieniło od poprzedniego akapitu) noszą białe koszule, zamawiają taxówki prowadzone przez głupich chłopców, biorą rowery, rewolwery i inne takie narzędzia, jadą w świat palić brzydkie idee, tłuste włosy na ekranie hd i znoszone emocje. Oni mają cele wyższe, że świat naprawić, że wcielić, że naprostować, że. No. I tylko wiatr ich słyszy, bo prawa do jazdy nie mają.
Za to Ci brzydcy chłopcy z osiedla na Pradze, co to sklejone włosy mają, wódą i potem śmierdzą, ci ścigać się lubią na telewizory. W sklepie CośAGD stoją naprężeni i zbaranieli w kolejce, bo ich brzydkie dziewczyny obsługują dzisiaj, ani żartu seksistowskiego nie zrozumieją ani na browara nie pójdą. Co? Ale telewizor plazmowy mają, wieszają go modnie na ścianie, na takim metalowym stelażu, którego cena przekracza ich możliwości finansowe i dużo wyższa jest niż sobieska flaszka (historia, a co!). Ale telewizor potrzebny jest prawie tak, jak te konie w starym Oplu. Wtedy żaden tłusty włos nie przeszkodzi, sylwestrowe koncerty, prowadzone przez brokatowe damy jak ze snu, można w hd zobaczyć. A to jest coś. Lady Punk, Lady Gaga, Lady coś tam z ameryki przyjechało do nas, do Warszawy to przyjechało!
W tym samym czasie ładni i inteligentni chłopcy (bo nic się nie zmieniło od poprzedniego akapitu) noszą białe koszule, zamawiają taxówki prowadzone przez głupich chłopców, biorą rowery, rewolwery i inne takie narzędzia, jadą w świat palić brzydkie idee, tłuste włosy na ekranie hd i znoszone emocje. Oni mają cele wyższe, że świat naprawić, że wcielić, że naprostować, że. No. I tylko wiatr ich słyszy, bo prawa do jazdy nie mają.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Zachęty zachęta
Już nawet przestałam zachodzić w głowę po co komu tyle dni świątecznych w obrębie jednego wydarzenia. Zaszłam za to z Odolańskiej na Królewską nie spotykając specjalnie nikogo, specjalnie na czerwonym świetle ze spokojem przechodząc. Miasto puste trędowate. Śliczne. Gdyby tylko o to "światło" chodziło, bawilibyśmy się chucznie i pogańsko jedną noc, jeden dzień, jedzenie, wino, wódka, dość. Trzy dni aplikujemy bez sprzeciwu, świat stoi, "nie ma mleka w tesco" i kolacji zjeść na mieście nie da się. Najeść się sztuką trza, skoro przynajmniej galerie narodowe postanowiły przerwać ten napchany smutek spod stołu.
A w Zachęcie w dzień świąteczny takie słyszy się rozmowy : "sztuki współczesnej nie rozumiem, może nareszcie poszlibyśmy do jakiejś normalnej galerii". "Handlowej?"- pytam. W towarzystwie bogatej dokumentacji prezentującej ataki społeczeństwa polskiego na sztukę współczesną i byłą dyrektor Zachęty, komentarze tego rodzaju przyprawiają mnie o zimny pot na rozgrzanym czole (z wrażenia, bo wystawa dobra jak świąteczny smakołyk). Pojawia się lęk, który miewam w ciemnym lesie, kiedy gałęzie niechcąco zaszeleszczą. Szeleści też papierowa informacja o wystawach w dłoni komentujących. Czarny druk na białym papierze, jasne, klarowne zdania, żeby nie było, że hermetyczny z Zachęty idzie przekaz. Na nic to, "sztuki współczesnej nie rozumiem" tak czy siak i niech mnie kto próbuje przekonywać! Jestem daleka od cieszenia się sporą frekwencją w galerii, cieszyła by mnie za to odrobina zaangażowanego wysiłku. Przy kasach leży stos kolorowych broszurek, przyciągających wzrok najbardziej odpornego klienta, broszurek z głupawym tłumaczeniem się ze sztuki. Jaki odbiorca, taki komunikat. Można to wziąć ze sobą do domu, przeczytać na lekcji w podstawówce albo jednym ruchem zrobić sobie z tego wachlarz dla odpędzania wrażeń. Zachęta do sztuki więc zachęca : chcecie wiedzieć czym jest sztuka współczesna, chcecie w końcu wiedzieć czy praca opowiada historię, zastanawiacie się ile czasu potrzeba dla obcowania z dziełem? Wszystko to grubą, tłustą jak Wasze karpiki na talerzu, czcionką zapisaliśmy. Żebyście nas w końcu pokochali, uznali za swoje, no, przygarnęli trochę, trochę popieścili tylko. Trochę!!!
A więc to taki jest ten tajemniczy odbiorca, o którego się tak zabijamy, a więc to ten typek, dla którego ja gotuję swoje wyprute flaczki. Wystawa Macugi mnie przygniotła i przeraziła, ale "normalne galerie" są dzisiaj zamknięte. Zresztą, żadna w nich podnieta intelektualna mnie nie spotka. Za to nie znam dnia ani godziny, kiedy w mojej skrzynce pocztowej znajdę pierwszą kartkę z wykaligrafowanym "spierdalaj dziwko z naszego świątecznego miasta".
A w Zachęcie w dzień świąteczny takie słyszy się rozmowy : "sztuki współczesnej nie rozumiem, może nareszcie poszlibyśmy do jakiejś normalnej galerii". "Handlowej?"- pytam. W towarzystwie bogatej dokumentacji prezentującej ataki społeczeństwa polskiego na sztukę współczesną i byłą dyrektor Zachęty, komentarze tego rodzaju przyprawiają mnie o zimny pot na rozgrzanym czole (z wrażenia, bo wystawa dobra jak świąteczny smakołyk). Pojawia się lęk, który miewam w ciemnym lesie, kiedy gałęzie niechcąco zaszeleszczą. Szeleści też papierowa informacja o wystawach w dłoni komentujących. Czarny druk na białym papierze, jasne, klarowne zdania, żeby nie było, że hermetyczny z Zachęty idzie przekaz. Na nic to, "sztuki współczesnej nie rozumiem" tak czy siak i niech mnie kto próbuje przekonywać! Jestem daleka od cieszenia się sporą frekwencją w galerii, cieszyła by mnie za to odrobina zaangażowanego wysiłku. Przy kasach leży stos kolorowych broszurek, przyciągających wzrok najbardziej odpornego klienta, broszurek z głupawym tłumaczeniem się ze sztuki. Jaki odbiorca, taki komunikat. Można to wziąć ze sobą do domu, przeczytać na lekcji w podstawówce albo jednym ruchem zrobić sobie z tego wachlarz dla odpędzania wrażeń. Zachęta do sztuki więc zachęca : chcecie wiedzieć czym jest sztuka współczesna, chcecie w końcu wiedzieć czy praca opowiada historię, zastanawiacie się ile czasu potrzeba dla obcowania z dziełem? Wszystko to grubą, tłustą jak Wasze karpiki na talerzu, czcionką zapisaliśmy. Żebyście nas w końcu pokochali, uznali za swoje, no, przygarnęli trochę, trochę popieścili tylko. Trochę!!!
A więc to taki jest ten tajemniczy odbiorca, o którego się tak zabijamy, a więc to ten typek, dla którego ja gotuję swoje wyprute flaczki. Wystawa Macugi mnie przygniotła i przeraziła, ale "normalne galerie" są dzisiaj zamknięte. Zresztą, żadna w nich podnieta intelektualna mnie nie spotka. Za to nie znam dnia ani godziny, kiedy w mojej skrzynce pocztowej znajdę pierwszą kartkę z wykaligrafowanym "spierdalaj dziwko z naszego świątecznego miasta".
piątek, 23 grudnia 2011
...
Jeden z najsmutniejszych obrazków "świątecznego" miasta to rozpruty Plac Wileński, rozgrzebany pazurem, z tym wąskim, obrzyganym chodniczkiem gdzieś pomiędzy zieloną metalową kurtyną a obsikanym murem zaniedbanego budynku. Po tym chodniczku płynie rynsztokiem smutny tłum ubrany szaro nijak, sześć zielonocarfour toreb w sześćdziesięciu rękach, każda z czymś prawdziwie zbędnym i tanim. Plus wciąż ruszający się, umierający karp. Wszystko tu zdycha przykryte niebieskim billboardem z powodującą torsje grafą Euro 2012. Nie taka była nasza sprzed miesiąca umowa, Warszawo.
sobota, 30 lipca 2011
Utopijne sny urbanistyczne
Trochę czasu poświęciłam ostatnio utopijnym wizjom mikro-społeczeństw amerykańskich. Nie pozostało to bez znaczenia dla układających się we śnie obrazów i znaczeń. W prawdzie moje sny nie mają charakteru predykcyjnego i nie pojawiają się w nich skrywane marzenia moich znajomych (znam jedną osobę, która ma taką moc), zazwyczaj śnią mi się czyjeś nigdy nie wykonane instalacje, moje udane wystawy z przyszłości albo dziwne krainy i jeszcze dziwniejsze zdarzenia,w których stale obecni i bardzo aktywni okazują się być moi najbliżsi znajomi. Tym razem było zaskakująco, otwierałam oczy oszołomiona. Obudziłam się z nieswoimi przemyśleniami z zakresu urbanistyki (sic!!!) i z nieswoją raczej ideą na ustach. Do tej pory trudno mi wypowiedzieć się na ten temat, niby poniższe postulaty pojawiły się w mojej czaszce, mam jednak wrażenie, że do mnie nie należą. Zawarta w nich nieznośna utopia, ich quazi pragmatyzm, specyficzne podejście do własności ziemskiej oraz nieco, jakby nie było, anty-społeczne podejście do kwestii planowania miasta, ogromnie mnie zaskoczyły.
1. Należy zaprzestać ekspansji urbanistycznej terenów do tej pory niezagospodarowanych, tym samym raz na zawsze zakończyć proces rozbudowy istniejących już miast, powstrzymać proces przyłączania terenów podmiejskich oraz dzikiego zawłaszczania nieużytków w celu budowania kolejnych przedmieść do przedmieść. Przedmieścia i tak są w Polsce obskurne, nie należy więc obskurze tej pomagać.
2. Lepiej dobrze przeorganizować istniejącą już tkankę miejską niż dobudowywać doń kolejne, nowe, za chwilę tak samo nieużyteczne, betonowe wrzody. I tak : istniejące pustostany skatalogować, odnowić, przywrócić ich pierwotną, utraconą funcję. Tego rodzaju polityka lokalowa jest o wiele bardziej ekonomiczna i ekologiczna. Nowe budynki i osiedla mogą być budowane jedynie w miejscu starych, wyburzonych z powodu bardzo złego stanu technicznego. Ludności być może przybywa, ale z całą pewnością nieprzydatnych, drogich "apartamentów" przybywa więcej i szybciej. Jest z nimi jak z jedzeniem w lodówce - posiadanie pełnej lodówki jest nieekologiczne i aroganckie, bo połowa znajdujących się w niej produktów znajduje się tam tylko jako figura ozdobna dla uzyskania efektu "posiadania pełni", która po skończonej dacie przydatności ląduje zmarnowana jako pustka w koszu. Podobnie jest z lokalami, ich podaż dawno przekroczyła popyt, istnieją sobie puste tylko dla budowania efektu quazi-dobrobytu. Chamskie to działanie, które kompletnie pod uwagę nie bierze ciała, jakim jest miasto.
3. Ziemia jest wspólna. W prawdzie określenie to jest bliższe abstrakcji i stwierdzeniom "Państwo sprzedało zboże", w których za jakąś ujawioną czynnością kryje się wiele nieujawnionych, nieistniejących podmiotów i przedmiotów (Państwo jako podmiot sprzedający nie istnieje, to byt abstrakcyjny. W jaki sposób byt abstrakcyjny, fikcyjny, może sprzedawać zboże? Jakie w ogóle zboże?). Ziemi sprzedać, kupić, przehandlować na rynkach wtórnych i pierwotnych się nie da, zakrawa to o niebezpieczny proceder sprzedaży idei, fikcji, czegoś, co nie istenieje. Podobnie jak nie da się pokroić ziemi na kawałki i oddać jej właścicielom, bo wtedy właściciele pozostaną bez ziemi pod nogami. Ziemia jest tym dobrem, którego nigdy nie będzie więcej, a z czasem będzie mniej. Należy zaprzestać precederu sprzedaży ziemi, w innym wypadku już niebawem będziemy poruszać się między wysokimi płotami płacąc za przejście wąskim chodnikiem.
Podobnie należy odebrać ziemię wszelakim urzędom miejskim. Miasto nie może posiadać ziemi, ziemia nie należy do miasta i być może jest dokładnie odwrotnie. Póki co, zarówno miasto jak i ziemia są pojęciami abstrakcyjnymi. Tym bardziej uzurpowanie sobie prawa do posiadania ziemi, i co za tym idzie, do nakładania opłat za jej wykorzystanie (ładnie nazywa się to "dzierżawieniem") to jakiś niezły fortel śmierdzący nadużyciem. Nieetycznym jest przywłaszczanie sobie dobra wspólnego przez jakiś bliżej nieokreślony abstrakcyjny i samozwańczy twór jakim jest każdy "urząd". Ów urząd nigdy nie wyprodukował dobra jakim jest ziemia, nie ma więc prawa do ustalania opłat za stąpanie po niej, stanie, spanie, sprzedawanie. Tym bardziej, że najczęściej opłata za korzystanie z 'miejskiej ziemi' dotyczy raczej korzystania z sufitu sąsiada, na którym mieści się nasze lokum i gruntu nawet nie dotyka.
4. Wysoka zabudowa miejska powinna być skoncentrowana w centrum, tak aby kolejne obszary miasta i przedmieść były coraz niższe, zbliżając strukturę architektoniczną miasta bardziej do lekkiego wypiętrzenia ziemi niż chaotycznych wyprysków na całym pooranym ciele ziemskim. I tak centrum powinno oznaczać się wertykalnością, natomiast przechodząc w coraz odleglejsze dzielnice - zmieniać charakter na bardziej horyzontalny. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że budynki typu dom jednorodzinny znajdują się daleko na skraju miasta przez swą niską zabudowę. Za to między nimi a centrum płynnie rozkładają się wszystkie pozostałe wielopiętrowce, pozostawiając miejsce dla najwyższych (a niechże mają i dwa tysiące pięter) w samym centrum. Ostatnie kręgi przedmieść to zabudowa najskromniejsza, jednopiętrowa, parterowa i niższa.
Wierzcie lub nie, to wszystko mi się przyśniło. W śnie tym stałam wysoko nad miastem obserwując z daleka jak zachodzą w nim zmiany. Kiedy rano otarłam oczy, strząsając ten rozbuchany sen, zdąrzyłam jeszcze zanotować pokrótce czym był i naszkicować to centryczne założenie urbanistyczne.
1. Należy zaprzestać ekspansji urbanistycznej terenów do tej pory niezagospodarowanych, tym samym raz na zawsze zakończyć proces rozbudowy istniejących już miast, powstrzymać proces przyłączania terenów podmiejskich oraz dzikiego zawłaszczania nieużytków w celu budowania kolejnych przedmieść do przedmieść. Przedmieścia i tak są w Polsce obskurne, nie należy więc obskurze tej pomagać.
2. Lepiej dobrze przeorganizować istniejącą już tkankę miejską niż dobudowywać doń kolejne, nowe, za chwilę tak samo nieużyteczne, betonowe wrzody. I tak : istniejące pustostany skatalogować, odnowić, przywrócić ich pierwotną, utraconą funcję. Tego rodzaju polityka lokalowa jest o wiele bardziej ekonomiczna i ekologiczna. Nowe budynki i osiedla mogą być budowane jedynie w miejscu starych, wyburzonych z powodu bardzo złego stanu technicznego. Ludności być może przybywa, ale z całą pewnością nieprzydatnych, drogich "apartamentów" przybywa więcej i szybciej. Jest z nimi jak z jedzeniem w lodówce - posiadanie pełnej lodówki jest nieekologiczne i aroganckie, bo połowa znajdujących się w niej produktów znajduje się tam tylko jako figura ozdobna dla uzyskania efektu "posiadania pełni", która po skończonej dacie przydatności ląduje zmarnowana jako pustka w koszu. Podobnie jest z lokalami, ich podaż dawno przekroczyła popyt, istnieją sobie puste tylko dla budowania efektu quazi-dobrobytu. Chamskie to działanie, które kompletnie pod uwagę nie bierze ciała, jakim jest miasto.
3. Ziemia jest wspólna. W prawdzie określenie to jest bliższe abstrakcji i stwierdzeniom "Państwo sprzedało zboże", w których za jakąś ujawioną czynnością kryje się wiele nieujawnionych, nieistniejących podmiotów i przedmiotów (Państwo jako podmiot sprzedający nie istnieje, to byt abstrakcyjny. W jaki sposób byt abstrakcyjny, fikcyjny, może sprzedawać zboże? Jakie w ogóle zboże?). Ziemi sprzedać, kupić, przehandlować na rynkach wtórnych i pierwotnych się nie da, zakrawa to o niebezpieczny proceder sprzedaży idei, fikcji, czegoś, co nie istenieje. Podobnie jak nie da się pokroić ziemi na kawałki i oddać jej właścicielom, bo wtedy właściciele pozostaną bez ziemi pod nogami. Ziemia jest tym dobrem, którego nigdy nie będzie więcej, a z czasem będzie mniej. Należy zaprzestać precederu sprzedaży ziemi, w innym wypadku już niebawem będziemy poruszać się między wysokimi płotami płacąc za przejście wąskim chodnikiem.
Podobnie należy odebrać ziemię wszelakim urzędom miejskim. Miasto nie może posiadać ziemi, ziemia nie należy do miasta i być może jest dokładnie odwrotnie. Póki co, zarówno miasto jak i ziemia są pojęciami abstrakcyjnymi. Tym bardziej uzurpowanie sobie prawa do posiadania ziemi, i co za tym idzie, do nakładania opłat za jej wykorzystanie (ładnie nazywa się to "dzierżawieniem") to jakiś niezły fortel śmierdzący nadużyciem. Nieetycznym jest przywłaszczanie sobie dobra wspólnego przez jakiś bliżej nieokreślony abstrakcyjny i samozwańczy twór jakim jest każdy "urząd". Ów urząd nigdy nie wyprodukował dobra jakim jest ziemia, nie ma więc prawa do ustalania opłat za stąpanie po niej, stanie, spanie, sprzedawanie. Tym bardziej, że najczęściej opłata za korzystanie z 'miejskiej ziemi' dotyczy raczej korzystania z sufitu sąsiada, na którym mieści się nasze lokum i gruntu nawet nie dotyka.
4. Wysoka zabudowa miejska powinna być skoncentrowana w centrum, tak aby kolejne obszary miasta i przedmieść były coraz niższe, zbliżając strukturę architektoniczną miasta bardziej do lekkiego wypiętrzenia ziemi niż chaotycznych wyprysków na całym pooranym ciele ziemskim. I tak centrum powinno oznaczać się wertykalnością, natomiast przechodząc w coraz odleglejsze dzielnice - zmieniać charakter na bardziej horyzontalny. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że budynki typu dom jednorodzinny znajdują się daleko na skraju miasta przez swą niską zabudowę. Za to między nimi a centrum płynnie rozkładają się wszystkie pozostałe wielopiętrowce, pozostawiając miejsce dla najwyższych (a niechże mają i dwa tysiące pięter) w samym centrum. Ostatnie kręgi przedmieść to zabudowa najskromniejsza, jednopiętrowa, parterowa i niższa.
Wierzcie lub nie, to wszystko mi się przyśniło. W śnie tym stałam wysoko nad miastem obserwując z daleka jak zachodzą w nim zmiany. Kiedy rano otarłam oczy, strząsając ten rozbuchany sen, zdąrzyłam jeszcze zanotować pokrótce czym był i naszkicować to centryczne założenie urbanistyczne.
piątek, 29 lipca 2011
Plemienne nawyki współczesnych europejskich osadników
Baudrillard miał rację, pisząc „wystarczy popatrzeć na francuską rodzinę, jak układa się na plaży w Kaliforni, aby poczuć cały ohydny ciężar naszej kultury (...) Po amerykańskich plażach dużo się spaceruje ; Francuzi rozkładają się obozem na swych lennych włościach z piasku". Oczywiście, niedaleko mi szukać potwierdzenia tego porównawczego opisu społecznych przyzwyczajeń.
I mniejsza teraz o miejsce, ostatecznie wszystkie nadmorskie miejscowości są takie same. I chociaż na południu ogłoszono kolejny stopień zagrożenia powodziowego, na północy pogoda sprzyja osadnictwu plażowemu. Dzielnie na barkach przyniesiony ekwipunek w końcu można ulokować w przestrzeni. Tylko chwilę zajmuje wyszukanie odpowiedniego miejsca, sekundę zaledwie podjęcie decyzji o zakładaniu osady. Tu się nogą kamień odsunie, tam wygłaszcze się piasek, musi być dobrze. Przystępujemy do budowy tymczasowych schronień, których sens bytu jest bardzo dyskusyjny. Potrzeba zawłaszczenia przestrzeni i przeorganizowania jej na kształt prywatnego, tymczasowego raju, jest silniejsza niż zdrowy rozsądek i poszanowanie dobra wspólnego. Na co dzień schowani w ciasnych klitkach z wielkiej płyty, gdzieś pomiędzy wersalką a umywalką, nie potrafimy docenić i przystosować się do przestrzeni mniej zorganizowanej, bardziej swawolnej, bardziej otwartej. Anektujemy szybko, co się tylko da, czy jest to tramwaj, pociąg czy plaża. Zaklepujemy maniakalnie swoje terytorium, które do nas wcale nie należy, zasiedlamy je fizycznie i, co być może gorsze, werbalnie. Podział ról w procesie tworzenia osady jest stereotypowo nieznośny, na przykładzie takiej błahej czynnostki, jaką jest "osiedlanie", można przeprowadzić szereg badań nad patriarchalnym modelem społeczeństwa. Podział ról w budowaniu mini osady jest także dosyć przewidywalny, przypomina trochę zachowania z epoki kamienia łupanego. Panowie więc łupią, a jakże, w drewniane kijki gumowymi narzędziami. Swoją drogą, podziwiam zmysł pragmatyczny nakazujący zabranie ze sobą gumowego młota nad brzeg morza. Raczej nie przyszło by mi do głowy, chyba, że moim zamiarem byłoby ubicie plażowego ptactwa. Panie, w czasie przez panów na młotkowanie poświęconym, po prostu dbają o ciepło domowego gniazdka ; tu kocyk, tam kocyk, na nich specjalne kuferki pełne smakołyków, czapeczki, kremiki, parasolki, grabeczki, piłeczki - słowem, to, co ma czas umilać i przestrzeń upiększać w solidnie zbudowanym królestwie. Panowie, kiedy już mur osady zbudują, młotek i kijki odłożą, zabierają się za a).konsumpcję wcześniej upolowanego pożywienia, b.) stojąc w pozycji pana, władcy i wodza, prężąc przy tym swe opalone wydatne ubrzuszenie, obserwują dal nieopodal dla potwierdzenia dobrze podjętej decyzji i, co ważniejsze, dla oswojenia sąsiedztwa. Pociechy za to, wedle prawideł, dbają o odpowiedni poziom decybeli, gdzieś już te małe diablątka posiadły wiedzę o świecie współczesnym, w którym decybel ważną piastuje funkcję. Wykorzystują to. Zawłaszczają teren w sposób najbardziej terrorystyczny - werbalny.
Kiedy już zostały zbudowane osady z tkaniny i kijka oraz kilku dodanych, gotowych materiałów (patrz. mini namiociki w jakimś celu skonstruowane, dmuchane zbędniki made in china i gadżety wszystkie do czterech złotych), wszystko po dwugodzinnym wysiłku przygotowane, bezpieczeństwo rodziny zagwarantowane, gniazdko od wiatru chronione, litr trunku w między czasie skonsumowany … a tu nagle zaczyna padać kompletnie nieoczekiwany deszcz! Tego nie było w planach.
Ja zwijam swój koc, książkę i niedopitą flaszkę wina. Odchodząc obserwuję panikę w obozowiskach, bo jakoś żadne z nich, pomimo poświęconego czasu i energii, nie zostało pomyślane jako element trwały, który deszcze potrafi przetrwać, od deszczu "rodzinę" uchronić.
Osady - przekrój przez design małej formy plażowej :
opuszczona osada, czyli tzw. Ghost-beach town
sobota, 23 lipca 2011
Chory horo
...a wszystko przez ten elektroniczny, kompaktowy dziwoląg, jakim jest iGoogle. I wszystko przez, niezbyt rozgarnięte, przyznam, ale moje prywatne ustawienia w tymże serwisie. Ustawienia idealnie spersonalizowane, skrojone trzeźwo dla moich miernych, elektronicznych potrzeb, spotykające się z moim ilorazem i iloczynem na wyżynach moich iWymagań.
Każdego dnia rano, po zalogowaniu się do serwisu mało skomplikowanym hasłem, otrzymuję od iGoogla pakiet słodkich elektronicznych podarków opakowanych kolorowo niczym super news w tabloidzie. Obok niebieskich cyfr kursu dolara (bardzo to przydatne), wyników lotto (najprzydatniejsze, szczególnie, gdy się ni złotówki nie postawiło), prognozy pogody dla stolicy Polski, rozpiski dla TVP Kultura i Ale Kino, nieużywanego mahjongga i repertuaru warszawskich kin, otrzymuję, na własne życzenie, a jakże!, codzienny, jedno-, no, góra dwuzdaniowy, horoskop!
Swego czasu, trochę z ciekawości, trochę poddając się wpływowi wrodzonej cechy czerpania przyjemności z szukania dziury w całym (horoskopie), kopiowałam te codziennie wysyłane mi przepowiednie oraz życiowe porady, sprawdzając jednocześnie częstotliwość wysyłania tego samego tekstu w ciągu jednego miesiąca. Tekstu, który być może ma siłę rujnowania/budowania ludzkiego nastroju. Bywało różnie, a jakże, ale, nie przesadzając, trzy razy w miesiącu miałam przynajmniej okazję bez pamięci się zakochać, dwa razy w miesiącu obiecywano mi powodzenie finansowe i awans (hello, pani kultura!!!) , co najmniej pięć razy (a to już o wiele za dużo i nawet moja energia temu wyzwaniu nie sprosta), pięć razy w miesiącu miałam szansę na zmianę swojego życia, kilka razy w miesiącu, dla równowagi, otrzymywałam jakąś reprymendę "zweryfikuj, spójrz, zauważ że, zastanów się". Zabawa w kopiowanie googlowego "horoskopu" wciągnęła mnie tak dalece, że zaczęłam prowadzić prywatne statystyki, słupki i krzywe dotyczące swojej kondycji życiowej na podstawie danych o 'rakach' zaczerpniętych z popularnego serwisu. Według skopiowanych przepowiedni, moje życie jest upierdliwie, modelowo serialowe, jestem permanentnie in love with i tylko czasami występuje jakaś rysa, pęknięcie i muszę zastanowić się who is he/she. Ale to przecież dla mnie pestka.
Aż tu nagle wczoraj, jak grom ze stołecznego nieba w Cud nad Wisłą : "życie nie polega na tym, by jedynie brać ale na tym, by także dawać. Aby czuć się szczęśliwym musisz umieć zachować równowagę pomiędzy braniem i dawaniem. Czas, by przyjrzeć się, czy dajesz innym tyle, ile otrzymujesz" - przeczytałam uspokajającym, powolnym, kobiecym głosem pochodzącym z jakiegoś wymyślonego na poczekaniu 'TV HiroHoro'.
Oczywiście długo się nie zastanawiając, wzięłam kartkę, długopis (bardzo niepopularny to styl) do ręki i liczę :
- Dostaję od jednej osoby dużo, ale jednak zatrważająco mało daję. Jestem od lat na minusie dawania. Fuck! Chwila przerwy w tych trudnych matematycznych kalkulacjach, bo nie wygląda to zbyt dobrze. Łyk wina i liczę dalej. W pamięci i na kartce układam słupki zbudowane ze wszystkich swoich przyjaciół i znajomych, dzieląc i mnożąc nasze wspólne sprawy, poświęcenia, spotkania, ilość wysłanych smsów, napisanych zdań, poświęconych atencji, wykonanej pracy w dobrej sprawie, wypowiedzianych pozytywnych kwestii, wykonanych rozmów, pokonanych kilometrów, kaw wypitych i energii przekazanych. I znowu jestem na minusie. Fuck! Na bardzo dużym minusie. Tu dodać - daję. Tam odjąć - też daję. Równa się - daję. Z prostego rachunku zysków i strat wynika, że w porównaniu z tym, co jestem w stanie otrzymać, zbyt wiele z siebie daję. Też jestem zdziwiona, ale zaufajmy szanownej matmie. Rachunek się nie zgadza, cyfry pod kreską daleko odbiegają od zera, exele się zawieszają. Jestem, przez Was, na skraju emocjonalnego bankructwa.
Tymczasem, jakby nigdy nic, iHoroskop na dziś mówi mi, że :
"Koniec dnia będzie okresem spokoju i harmonijnego porozumienia między Tobą a Twoim partnerem, rodziną i całym światem (!!!!-przyp.L). Będzie to dobry czas dla ważnych rozmów, wyjaśniania nieporozumień i sporów."
Zgoda, pod warunkiem, że to oznacza wyrównanie długów.
Każdego dnia rano, po zalogowaniu się do serwisu mało skomplikowanym hasłem, otrzymuję od iGoogla pakiet słodkich elektronicznych podarków opakowanych kolorowo niczym super news w tabloidzie. Obok niebieskich cyfr kursu dolara (bardzo to przydatne), wyników lotto (najprzydatniejsze, szczególnie, gdy się ni złotówki nie postawiło), prognozy pogody dla stolicy Polski, rozpiski dla TVP Kultura i Ale Kino, nieużywanego mahjongga i repertuaru warszawskich kin, otrzymuję, na własne życzenie, a jakże!, codzienny, jedno-, no, góra dwuzdaniowy, horoskop!
Swego czasu, trochę z ciekawości, trochę poddając się wpływowi wrodzonej cechy czerpania przyjemności z szukania dziury w całym (horoskopie), kopiowałam te codziennie wysyłane mi przepowiednie oraz życiowe porady, sprawdzając jednocześnie częstotliwość wysyłania tego samego tekstu w ciągu jednego miesiąca. Tekstu, który być może ma siłę rujnowania/budowania ludzkiego nastroju. Bywało różnie, a jakże, ale, nie przesadzając, trzy razy w miesiącu miałam przynajmniej okazję bez pamięci się zakochać, dwa razy w miesiącu obiecywano mi powodzenie finansowe i awans (hello, pani kultura!!!) , co najmniej pięć razy (a to już o wiele za dużo i nawet moja energia temu wyzwaniu nie sprosta), pięć razy w miesiącu miałam szansę na zmianę swojego życia, kilka razy w miesiącu, dla równowagi, otrzymywałam jakąś reprymendę "zweryfikuj, spójrz, zauważ że, zastanów się". Zabawa w kopiowanie googlowego "horoskopu" wciągnęła mnie tak dalece, że zaczęłam prowadzić prywatne statystyki, słupki i krzywe dotyczące swojej kondycji życiowej na podstawie danych o 'rakach' zaczerpniętych z popularnego serwisu. Według skopiowanych przepowiedni, moje życie jest upierdliwie, modelowo serialowe, jestem permanentnie in love with i tylko czasami występuje jakaś rysa, pęknięcie i muszę zastanowić się who is he/she. Ale to przecież dla mnie pestka.
Aż tu nagle wczoraj, jak grom ze stołecznego nieba w Cud nad Wisłą : "życie nie polega na tym, by jedynie brać ale na tym, by także dawać. Aby czuć się szczęśliwym musisz umieć zachować równowagę pomiędzy braniem i dawaniem. Czas, by przyjrzeć się, czy dajesz innym tyle, ile otrzymujesz" - przeczytałam uspokajającym, powolnym, kobiecym głosem pochodzącym z jakiegoś wymyślonego na poczekaniu 'TV HiroHoro'.
Oczywiście długo się nie zastanawiając, wzięłam kartkę, długopis (bardzo niepopularny to styl) do ręki i liczę :
- Dostaję od jednej osoby dużo, ale jednak zatrważająco mało daję. Jestem od lat na minusie dawania. Fuck! Chwila przerwy w tych trudnych matematycznych kalkulacjach, bo nie wygląda to zbyt dobrze. Łyk wina i liczę dalej. W pamięci i na kartce układam słupki zbudowane ze wszystkich swoich przyjaciół i znajomych, dzieląc i mnożąc nasze wspólne sprawy, poświęcenia, spotkania, ilość wysłanych smsów, napisanych zdań, poświęconych atencji, wykonanej pracy w dobrej sprawie, wypowiedzianych pozytywnych kwestii, wykonanych rozmów, pokonanych kilometrów, kaw wypitych i energii przekazanych. I znowu jestem na minusie. Fuck! Na bardzo dużym minusie. Tu dodać - daję. Tam odjąć - też daję. Równa się - daję. Z prostego rachunku zysków i strat wynika, że w porównaniu z tym, co jestem w stanie otrzymać, zbyt wiele z siebie daję. Też jestem zdziwiona, ale zaufajmy szanownej matmie. Rachunek się nie zgadza, cyfry pod kreską daleko odbiegają od zera, exele się zawieszają. Jestem, przez Was, na skraju emocjonalnego bankructwa.
Tymczasem, jakby nigdy nic, iHoroskop na dziś mówi mi, że :
"Koniec dnia będzie okresem spokoju i harmonijnego porozumienia między Tobą a Twoim partnerem, rodziną i całym światem (!!!!-przyp.L). Będzie to dobry czas dla ważnych rozmów, wyjaśniania nieporozumień i sporów."
Zgoda, pod warunkiem, że to oznacza wyrównanie długów.
wtorek, 12 lipca 2011
Osobisty miłosny timeline z ostatnich tygodni
Mój umysł i moje oko to obiektywy uzależnione połączone. Łapią mi świat w formie kolejnych ujęć gotowych do zmontowania. Idealnie je dobierając, nie przesadzają z długimi ujęciami, lubią te trudniejsze kadry i nie dbają o komfort widza. Klap - nowa scena, klap - kolejna, wystarczy czasami odwrócić głowę i nastawić ucha. Dobrać odpowiedni czas ekspozycji i gdzieś na prywatnym hardwarze budować nieznośny film. Film, który sam się od niechcenia montuje, zawsze opowiadając tę samą, ograną na tysiące sposobów, historię.
W. J. T. Mitchell powiedział dziś, że prawie każde szaleństwo w filmie oprawione jest w burzę, deszcz lub inne atmosferyczne demony. Musi to być prawda - pada. A na moim szalonym timelinie kreują się sceny jakoś tak niechcąco przyprawiające mnie o zimne dreszcze i mokre plecy. Być może potrzebna mi rzeczywistość w formie klatki, by w ogóle ją przyswoić. Klatki jestem w stanie bez problemu zestawić na prywatnym timelinie ze swoim życiem. I wszystko gra.
Clip01.mov : W któryś, słoneczny jeszcze, weekend, M. opowiedział mrożącą krew w żyłach historię, której z wielu powodów zapomnieć nie mogę. Mniejsza o przebieg zdarzeń w tejże historii, konkluzja była zatrważająca dużo bardziej, niż same kłopotliwe sytuacje. Z opowieści wynikało, że są takie emocje, które nie pozwalają zrozumieć i zaakceptować odrzucenia. Szaleństwo, zawarte w skrajnie niezrozumiałych zabiegach stosowanych dla pozyskania czyjejś bliskości, jest gwałtowne i nie mija jak długi deszczowy polski tydzień. Jestem już nawet w stanie zgodzić się z M. (chocaż oponowałam stanowczo) co do tego, że jak się "kobieta uprze", to koniec świata wywoła (patrz niżej) i kupi te przysłowiowe ziemniaki, co je sobie upatrzyła, w zieleniaku 16km dalej.
Clip02.mov: Bar sałatkowy. Rukola między zębami, vinegret na brodzie, plastikowy widelec na wysmarowanym jakimś lubrykantem plastikowym talerzu. Mało wyjściowe miejsce dla zwierzeń. A jednak przy stoliku obok młody mężczyzna opowiada swoje życie ślicznej blondynce, której brokatowo-biały dekolt (interesujący, a jakże!) sięga po sam pępek. Nachylony nad błyszczącym, opalonym dekoltem facet rzewnym głosikiem weń piszczy : "i wyobraź sobie, że nawet jak idziemy na fitness to ona udaje, że nie ma faceta, że jest sama, taka chytra jest, wszyscy na nią lecą na fitnesie no i jak ja mam się czuć? Chyba jestem singlem, co?".
Clip03.mov : Kolega, na kawie w moim towarzystwie, odbiera telefon od małżonki : "kochanie, dzisiaj mam urwanie głowy w pracy, nie mogę teraz rozmawiać, oddzwonię, nie, nie wiem, o której wrócę". I jakby nigdy nic, zaraz po kliknięciu w czerwony klawisz telefonu rozdzielający go na chwilę od wieloletnich łączy, kontynuuje opowieść o byle czym. Zdeaktywowane łącza aktywują się pewnie zaraz po wypiciu kawy jakimś wyrzutem smsowym. Ja też szybko dopijam swoją kawę, skoro kolega jest taki zajęty w pracy przy leniwej kawie z koleżanką.
Clip04.mov : Impreza masowa sponsorowana przez kiepski piwny brand. Jaki brand, takie picie, jakie picie, takie alkoholowe upojenie. Między jednym głośnym kawałkiem a kolejnym jeszcze głośniejszym, słyszę równie głośne pijackie "Ty, durna, myślisz, że taki przystojny facet, jak ma wybór, zdecyduje się na taką brzydulę jak ty? Przystojni faceci lubią ładne laski" - zdanie to zabrzmiało mi parszywie w uszach jak tekst piosenki, przepraszam, słynnej Doroty R.
Clip05.mov : We wspominanym już filmie, a raczej parodii filmu, w którym to niby "kobieta pożąda mężczyzny", szaleństwo było tak egzaltowane i tak sztuczne, że aż nie trzeba było deszczu ni burzy w tle, bo i tak nikt by w tę historię nie uwierzył. Ona snuje się za wcale przystojnym facetem po wsiach i europejskich miastach niczym cmentarna hiena lubiąca nie tyle pożądać, co być poniżaną. On tam jakiś ochłap jej czasem swego ciała rzuci, ona też rzuca na oślep sobą. A to futro a to nóż a to noga. Czasem do tego lekko z nieba se pokropi, co by szaleństwo filmowo, wedle kanonu, uwypuklić. Bo i tak ostatecznie z filmu wynika tylko tyle, że "teraz widzisz jaki jestem naprawdę", "jesteś obrzydliwy", "lubię to". Kolejna bzdura o stereotypowym poświęceniu się kobiet dla "złych" mężczyzn i o przyjmowaniu ciosów na klatę w strugach szalonego deszczu pożądania. Kiedy pani w skrajnym szaleństwie chwyta za nóż i czołga się z nim po schodach, by zabić oczywiście żonę - cała sala ledwo powstrzymuje wybuch śmiechu. A to przecież o życiu miało być! Nic nie wie reżyser o kobiecym pożądaniu, za to kończy filmik iście amerykańsko-do-porzygania białym aniołem i światłem , które twarz rozpromienia po minionej właśnie burzy. Wybieram więc jednak burzę. Gdyby oprzeć się na tymże filmie - M. ma rację, warto pokonać każde tysiące kilometrów, by zdobyć upragniony towar.
Clip06.mov : Był sobie taki film o życiu emocjonalnym ludzi (znowu) i o "wyśnionych miłościach". Zarówno ona jak i on histerycznie (wracam tu do opowieści M. czyli problemu z zaakceptowaniem odrzucenia) pragnący fizycznego kontaktu z pięknym lekkoduchem. Blondwłosy lekkoduch, niczym z powieści M.Zygmunta, tu zwiedzie, tam się puści, tu pozwoli, tam zabroni, do końca swojej orientacji seksualnej nie zdradzi, za to wywierci dziurę w sercu niejednej napotkanej osoby różnej płci. A świat i tak jest tak durnie skonstruowany, że ostatecznie większość lgnie do tych samych jednostek. W zasadzie wszyscy podkochujemy się w tym samym pięknookim powidoku o nieokreślonej płci. Dla nas, dodam, nieokreślonej.
Clip07.mov : Rumunia. Kolejny trójkąt, czyli, jak się okazuje, przeciętny życiowy układ, o którym nie ma co się rozpisywać (być może ktoś jeszcze wierzy w ortodoksyjną, słodką monogamiczność związków, więc milczę, co by nie burzyć zamku z kart). Tym razem to on pożąda. Robi to oczywiście o wiele bardziej zgrabnie i rozsądniej niźli "kobieta, która..." robiła to samo. Kiedy wreszcie nie wytrzymuje presji szkiełka, serca i oka, słyszy stek bzdur o zniszczonym życiu. Okazuje się bowiem, że, jak to w filmach bywa, kobiety poświęcone dla swej roli żony, żonglują jedynie argumentami rodzinno-domowymi. Mają ster na racjonalność i na grobową deskę nastawiony, automatyczny pilot prowadzi je bezproblemowo a tu nagle jakaś obca miłość, jakieś zatracenie, jakieś trudne uczucia burzą kurs na rodzinę. To przecież takie oczywiste, że tylko żony mają ustawiony ten kurs.
Clip08.mov : Jestem miłością. I tak dalej.
Koniec. W filmie "Cierpienia i rozterki" udział wzięli przypadkowi oraz bardzo profesjonalni aktorzy, kilku znajomych i "wielka miłość". Zbieżność nazwisk, postaw życiowych oraz wypowiedzi, przypadkowa. Film sponsorowały literka "T" (jak na przykład Trójkąt) oraz cyferka "3", które świadczą, samą swoją obecnością w naturze, o sztucznym przekonaniu społeczeństwa o słuszności i trwałości monogamii oraz niezaprzeczalnym fakcie, że bez względu na płeć i przekonania chcemy więcej, chcemy wszystkiego. Mój timeline jest przeciążony, ma jakieś sześć tysięcy kilometrów podobnych klipów. Nie ma się co spinać - Let's do something real.
ps. Być może lepiej pasowałby "Counterpoint"? :) 'cause I found mine. "Just tell me nothing's wrong today"
W. J. T. Mitchell powiedział dziś, że prawie każde szaleństwo w filmie oprawione jest w burzę, deszcz lub inne atmosferyczne demony. Musi to być prawda - pada. A na moim szalonym timelinie kreują się sceny jakoś tak niechcąco przyprawiające mnie o zimne dreszcze i mokre plecy. Być może potrzebna mi rzeczywistość w formie klatki, by w ogóle ją przyswoić. Klatki jestem w stanie bez problemu zestawić na prywatnym timelinie ze swoim życiem. I wszystko gra.
Clip01.mov : W któryś, słoneczny jeszcze, weekend, M. opowiedział mrożącą krew w żyłach historię, której z wielu powodów zapomnieć nie mogę. Mniejsza o przebieg zdarzeń w tejże historii, konkluzja była zatrważająca dużo bardziej, niż same kłopotliwe sytuacje. Z opowieści wynikało, że są takie emocje, które nie pozwalają zrozumieć i zaakceptować odrzucenia. Szaleństwo, zawarte w skrajnie niezrozumiałych zabiegach stosowanych dla pozyskania czyjejś bliskości, jest gwałtowne i nie mija jak długi deszczowy polski tydzień. Jestem już nawet w stanie zgodzić się z M. (chocaż oponowałam stanowczo) co do tego, że jak się "kobieta uprze", to koniec świata wywoła (patrz niżej) i kupi te przysłowiowe ziemniaki, co je sobie upatrzyła, w zieleniaku 16km dalej.
Clip02.mov: Bar sałatkowy. Rukola między zębami, vinegret na brodzie, plastikowy widelec na wysmarowanym jakimś lubrykantem plastikowym talerzu. Mało wyjściowe miejsce dla zwierzeń. A jednak przy stoliku obok młody mężczyzna opowiada swoje życie ślicznej blondynce, której brokatowo-biały dekolt (interesujący, a jakże!) sięga po sam pępek. Nachylony nad błyszczącym, opalonym dekoltem facet rzewnym głosikiem weń piszczy : "i wyobraź sobie, że nawet jak idziemy na fitness to ona udaje, że nie ma faceta, że jest sama, taka chytra jest, wszyscy na nią lecą na fitnesie no i jak ja mam się czuć? Chyba jestem singlem, co?".
Clip03.mov : Kolega, na kawie w moim towarzystwie, odbiera telefon od małżonki : "kochanie, dzisiaj mam urwanie głowy w pracy, nie mogę teraz rozmawiać, oddzwonię, nie, nie wiem, o której wrócę". I jakby nigdy nic, zaraz po kliknięciu w czerwony klawisz telefonu rozdzielający go na chwilę od wieloletnich łączy, kontynuuje opowieść o byle czym. Zdeaktywowane łącza aktywują się pewnie zaraz po wypiciu kawy jakimś wyrzutem smsowym. Ja też szybko dopijam swoją kawę, skoro kolega jest taki zajęty w pracy przy leniwej kawie z koleżanką.
Clip04.mov : Impreza masowa sponsorowana przez kiepski piwny brand. Jaki brand, takie picie, jakie picie, takie alkoholowe upojenie. Między jednym głośnym kawałkiem a kolejnym jeszcze głośniejszym, słyszę równie głośne pijackie "Ty, durna, myślisz, że taki przystojny facet, jak ma wybór, zdecyduje się na taką brzydulę jak ty? Przystojni faceci lubią ładne laski" - zdanie to zabrzmiało mi parszywie w uszach jak tekst piosenki, przepraszam, słynnej Doroty R.
Clip05.mov : We wspominanym już filmie, a raczej parodii filmu, w którym to niby "kobieta pożąda mężczyzny", szaleństwo było tak egzaltowane i tak sztuczne, że aż nie trzeba było deszczu ni burzy w tle, bo i tak nikt by w tę historię nie uwierzył. Ona snuje się za wcale przystojnym facetem po wsiach i europejskich miastach niczym cmentarna hiena lubiąca nie tyle pożądać, co być poniżaną. On tam jakiś ochłap jej czasem swego ciała rzuci, ona też rzuca na oślep sobą. A to futro a to nóż a to noga. Czasem do tego lekko z nieba se pokropi, co by szaleństwo filmowo, wedle kanonu, uwypuklić. Bo i tak ostatecznie z filmu wynika tylko tyle, że "teraz widzisz jaki jestem naprawdę", "jesteś obrzydliwy", "lubię to". Kolejna bzdura o stereotypowym poświęceniu się kobiet dla "złych" mężczyzn i o przyjmowaniu ciosów na klatę w strugach szalonego deszczu pożądania. Kiedy pani w skrajnym szaleństwie chwyta za nóż i czołga się z nim po schodach, by zabić oczywiście żonę - cała sala ledwo powstrzymuje wybuch śmiechu. A to przecież o życiu miało być! Nic nie wie reżyser o kobiecym pożądaniu, za to kończy filmik iście amerykańsko-do-porzygania białym aniołem i światłem , które twarz rozpromienia po minionej właśnie burzy. Wybieram więc jednak burzę. Gdyby oprzeć się na tymże filmie - M. ma rację, warto pokonać każde tysiące kilometrów, by zdobyć upragniony towar.
Clip06.mov : Był sobie taki film o życiu emocjonalnym ludzi (znowu) i o "wyśnionych miłościach". Zarówno ona jak i on histerycznie (wracam tu do opowieści M. czyli problemu z zaakceptowaniem odrzucenia) pragnący fizycznego kontaktu z pięknym lekkoduchem. Blondwłosy lekkoduch, niczym z powieści M.Zygmunta, tu zwiedzie, tam się puści, tu pozwoli, tam zabroni, do końca swojej orientacji seksualnej nie zdradzi, za to wywierci dziurę w sercu niejednej napotkanej osoby różnej płci. A świat i tak jest tak durnie skonstruowany, że ostatecznie większość lgnie do tych samych jednostek. W zasadzie wszyscy podkochujemy się w tym samym pięknookim powidoku o nieokreślonej płci. Dla nas, dodam, nieokreślonej.
Clip07.mov : Rumunia. Kolejny trójkąt, czyli, jak się okazuje, przeciętny życiowy układ, o którym nie ma co się rozpisywać (być może ktoś jeszcze wierzy w ortodoksyjną, słodką monogamiczność związków, więc milczę, co by nie burzyć zamku z kart). Tym razem to on pożąda. Robi to oczywiście o wiele bardziej zgrabnie i rozsądniej niźli "kobieta, która..." robiła to samo. Kiedy wreszcie nie wytrzymuje presji szkiełka, serca i oka, słyszy stek bzdur o zniszczonym życiu. Okazuje się bowiem, że, jak to w filmach bywa, kobiety poświęcone dla swej roli żony, żonglują jedynie argumentami rodzinno-domowymi. Mają ster na racjonalność i na grobową deskę nastawiony, automatyczny pilot prowadzi je bezproblemowo a tu nagle jakaś obca miłość, jakieś zatracenie, jakieś trudne uczucia burzą kurs na rodzinę. To przecież takie oczywiste, że tylko żony mają ustawiony ten kurs.
Clip08.mov : Jestem miłością. I tak dalej.
Koniec. W filmie "Cierpienia i rozterki" udział wzięli przypadkowi oraz bardzo profesjonalni aktorzy, kilku znajomych i "wielka miłość". Zbieżność nazwisk, postaw życiowych oraz wypowiedzi, przypadkowa. Film sponsorowały literka "T" (jak na przykład Trójkąt) oraz cyferka "3", które świadczą, samą swoją obecnością w naturze, o sztucznym przekonaniu społeczeństwa o słuszności i trwałości monogamii oraz niezaprzeczalnym fakcie, że bez względu na płeć i przekonania chcemy więcej, chcemy wszystkiego. Mój timeline jest przeciążony, ma jakieś sześć tysięcy kilometrów podobnych klipów. Nie ma się co spinać - Let's do something real.
ps. Być może lepiej pasowałby "Counterpoint"? :) 'cause I found mine. "Just tell me nothing's wrong today"
poniedziałek, 4 lipca 2011
Latem swawolnie o niczym
Kolejna godzina pod dachem gdzieś na gdyńskiej plaży. Szaro-srebrny kolor nieba nachalnie przypomina mi jakąś wakacyjną przygodę a może "Długi deszczowy tydzień", który czytałyśmy w dzieciństwie w siostrzaną trójkę. A może w czwórkę, ale jedna z nas już nie żyje. Otwieram "Lata walk ulicznych", które podróżują ze mną samochodem, od wielu miesięcy oczekując odpowiedniej atencji i mojego zaangażowania wykraczającego poza zakup. I dostaję przemiło w głowę.
"Przez moment wali mi konia, potem bierze do ust; wystarczy kilka liźnięć, bym trysnął mu na twarz i ścianę za jego plecami (...). Potem rozmawiamy, całując się i głaszcząc po włosach, opowiadam mu o swojej ucieczce z domu, relacjonuję swoje problemy i obecną niekomfortową sytuację, z poszarpanych okrawków układam dla niego historię mojego marnego życia (...). Mój płynny angielski wreszcie może się do czegoś przydać"*
Równie dobrze mogłabym poświęcić te kilka linijek na szydercze pastwienie się nad pewną głupią filmową produkcją, w której kobieta pożąda (poniżenia), albo obłocić (w końcu pada i błoto pod ręką) polskie artystki, które stosują zasadę 3xB (czyli Byle Być jak Bjork), mogłabym skupić się na falowaniu fascynujących kobiecych piersi pod bluzką i opisać wspaniałość lata na plaży, ale mnie książka pochłonęła. Nie ma się co wstydzić i tak nic się z Tobą nie może równać a w razie komplikacji, zawsze można zostać bohaterem powieści i w ten sposób się jakoś tam dookreślić.
*cytat pochodzi z książki Michała Zygmunta "Lata walk ulicznych" wydanej przez Krytykę Polityczną. Używając nomenklatury allegrowej : "super towar, gorąco polecam".
"Przez moment wali mi konia, potem bierze do ust; wystarczy kilka liźnięć, bym trysnął mu na twarz i ścianę za jego plecami (...). Potem rozmawiamy, całując się i głaszcząc po włosach, opowiadam mu o swojej ucieczce z domu, relacjonuję swoje problemy i obecną niekomfortową sytuację, z poszarpanych okrawków układam dla niego historię mojego marnego życia (...). Mój płynny angielski wreszcie może się do czegoś przydać"*
Równie dobrze mogłabym poświęcić te kilka linijek na szydercze pastwienie się nad pewną głupią filmową produkcją, w której kobieta pożąda (poniżenia), albo obłocić (w końcu pada i błoto pod ręką) polskie artystki, które stosują zasadę 3xB (czyli Byle Być jak Bjork), mogłabym skupić się na falowaniu fascynujących kobiecych piersi pod bluzką i opisać wspaniałość lata na plaży, ale mnie książka pochłonęła. Nie ma się co wstydzić i tak nic się z Tobą nie może równać a w razie komplikacji, zawsze można zostać bohaterem powieści i w ten sposób się jakoś tam dookreślić.
*cytat pochodzi z książki Michała Zygmunta "Lata walk ulicznych" wydanej przez Krytykę Polityczną. Używając nomenklatury allegrowej : "super towar, gorąco polecam".
środa, 22 czerwca 2011
Pani już wie
No nic się nie stało, nie stało się. Wcale mnie karteczka z czerwono-żółtym paskiem, zatknięta za wycieraczkę samochodu, nie zdziwiła. Trudno by mi było uniknąć mandatu na zapchanym po krawężnik Starym Mokotowie. Nawet się uśmiechnęłam, dopiero co dyskutowałyśmy te kwestie z E. Wezwanie do stawienia się w ursynowskiej (sic!) placówce Straży Miejskiej celem przesłuchania w sprawie domniemanego popełnienia przestępstwa z artukułu tysiąc pięćset i dwa trzysta (parkowanie w miejscu oznaczonym znakiem B-36) i tak dalej. Aż mną dreszczyk emocji wstrząsnął, w końcu jakiś zatarg z prawem, w końcu jakaś skaza na grzecznym charakterku. W to mi graj, a raczej - w to mi wlep!
Nawet całkiem ochoczo wybrałam się na Ursynów, dawno tam nie byłam, przestało mi się to miejsce z czymkolwiek kojarzyć, a to źle, nie mieć skojarzeń. O tym, jak pracują służby mundurowe w Warszawie długo by gadać. Ku mojemu zaskoczeniu, umówione spotkanie odbyło się w miejscu bardzo mało reprezentacyjnym. A fe! Z jednej strony poczułam się obrażona (bo jadę taki kawał drogi, a tu ani ładnie nie jest ani nawet mrocznie) z drugiej czułam narastający śmiech i klawą zabawę. Wejście do placówki jest mocno zamaskowane, gdzieś pomiędzy szczekającym na trawniku psem a dostawczym włazem Tesco. Wewnątrz setki pucharów, kraty, wystrój niemal pocztowy, tylko numerków brak. Podchodzę do okienka "dzień dobry, otrzymałam..." i gruby jegomość przerywa mi zmanierowanym ruchem ręki, bez słowa ('dzień dobry' tysiąc razy dziennie wszak boli) pokazuje mi kartkę "Wezwania - pokoje A, B, C". Ale pokoje ABC wszystkie zamknięte! Naprawdę chcę ten mandat zapłacić a tu nawet nie ma się do kogo słowem odezwać. Umundurowana pani z wąsem syczy, że "trzeba poczekać" Oj, niedobrze, znamy tę kwestię i jej epilog. Czekam. W tym czasie drzwi męskiej toalety otwierają się dosyć często, widocznie biegunka jakaś na wydziale, w całym pomieszczeniu roznosi się uporczywy zapach uryny, kładzie się na posrebrzanych pucharach i odznakach za szybą. Chłopcy i dziewczęta, prawdopodobnie już po służbie, flirtują zawodówkowo czyli głośno i bez sensu. Oczekujący trochę zdenerwowani, spoceni (lato w końcu jest). Ogarnia mnie fala śmiechu, być może to reakcja mojego organizmu na stres przed przesłuchaniem w sprawie popełnienia przestępstwa, obserwuję więc siebie trochę z nudów, trochę z niepokojem. Ani śladu stresu, jedynie ten prawdziwie nieadekwatny do warunków, szampański nastrój. Bo zawsze mnie bawi urząd od podszewki, od zawsze uwielbiam obserwować szybkie metamorfozy zwykłych ludzi w mundurowe, nie znoszące sprzeciwu, służby.
Jest moja blondynka! To ona mnie przesłucha w ponurej, mrocznej, kryminalnej sprawie. Jest bardzo młoda i posługuje się językiem urzędowym, surowym jak jej czarne kreski na niebieskich oczach i mało seksownym, jak jej za duża koszula służbowa. Ale bać się jej należy, w końcu to nie przelewki i nie kawa w Śródmieściu. Prawie umarłam ze śmiechu, kiedy w swoim gabineciku, chłodnym tonem, udzielała mi pouczeń a na blacie jej biurka leżał telefon komórkowy emitujący Radio Eska czy inną, podobnie śmiechu wartą, stację. Blondynka surowo mnie karci i zdjęcia mojego samochodu mi pokazuje (na wszelki wypadek gdybym zapomniała czym się poruszam), a w radyjku nieoczekiwanie jakieś komputerowo zmodyfikowane dziewczę śpiewa coś jak "fuck me, fuck me or let me fuck you" w rytm tanecznej, nieznośnej muzyki. I jak tu się nie uśmiać w tak poważnej chwili! Pani Strażniczka Miasta pewnie ni w ząb nie orientuje się jakie przeboje stanowią muzyczne tło dla jej spotkań z przestępcami. Ładne to do bólu i śliczne. Smarzowski mógłby wpleść taką scenę do któregoś swojego starszego filmu, bo to i śmieszy i boli. "Czy chce Pani jeszcze coś zeznać?". Zafrapowałam się, bo chyba powinnam, zamiast się głupkowato uśmiechać i ruszać w rytm muzyki nóżką pod stołem. "Nie wiedziałam, że w tym miejscu jest zakaz, nie ma znaku od strony Puławskiej, od której wjeżdżałam" (tylko takie brednie mi przyszły do głowy). Śliczna pani 'Straż Miejska' powoli podnosi oczy a ja widzę tę scenę w zwolnionym, filmowym tempie. Jej głos brzmi ostro i dobitnie, wierci mi dziurę w mózgu : "TO TERAZ PANI JUŻ WIE".
Niczym rasowiec niepoczytalny uśmiecham się, bo nawet te słowa usłyszałam w wersji zwolnionej. Pani SM patrząc mi w oczy, zamyka kajecik. Trzask. No tak, teraz już wszystko wiem.
Wiem też, że parkowanie w tym mieście to sport ekstremalny graniczący z popełnianiem przestępstw. A ZDM mi na to : "niestety, abonamentowe parkowanie jest tylko dla zameldowanych mieszkańców, wynajmujący lokale użytkowe od Urzędu Miasta muszą sobie jakoś radzić". Tyle ma do powiedzenia, wspierające inicjatywy mieszkańców, Miasto w sprawach Miejskich. Pełna skruchy obiecuję, że od dzisiaj parkuję na darmowym Ursynowie a swoje ciężkie prace, stoły, worki gipsu i inne gadżety noszę pokornie, za karę, na barkach, piechotą z Ursynowa na Stary Mokotów. Jakaś kara musi być, bo ostatecznie blondwłosa straż miejska tylko mnie pouczyła. A mi po głowie pałęta się ten śmieszny refren Fuck me or let me fuck you.
Nawet całkiem ochoczo wybrałam się na Ursynów, dawno tam nie byłam, przestało mi się to miejsce z czymkolwiek kojarzyć, a to źle, nie mieć skojarzeń. O tym, jak pracują służby mundurowe w Warszawie długo by gadać. Ku mojemu zaskoczeniu, umówione spotkanie odbyło się w miejscu bardzo mało reprezentacyjnym. A fe! Z jednej strony poczułam się obrażona (bo jadę taki kawał drogi, a tu ani ładnie nie jest ani nawet mrocznie) z drugiej czułam narastający śmiech i klawą zabawę. Wejście do placówki jest mocno zamaskowane, gdzieś pomiędzy szczekającym na trawniku psem a dostawczym włazem Tesco. Wewnątrz setki pucharów, kraty, wystrój niemal pocztowy, tylko numerków brak. Podchodzę do okienka "dzień dobry, otrzymałam..." i gruby jegomość przerywa mi zmanierowanym ruchem ręki, bez słowa ('dzień dobry' tysiąc razy dziennie wszak boli) pokazuje mi kartkę "Wezwania - pokoje A, B, C". Ale pokoje ABC wszystkie zamknięte! Naprawdę chcę ten mandat zapłacić a tu nawet nie ma się do kogo słowem odezwać. Umundurowana pani z wąsem syczy, że "trzeba poczekać" Oj, niedobrze, znamy tę kwestię i jej epilog. Czekam. W tym czasie drzwi męskiej toalety otwierają się dosyć często, widocznie biegunka jakaś na wydziale, w całym pomieszczeniu roznosi się uporczywy zapach uryny, kładzie się na posrebrzanych pucharach i odznakach za szybą. Chłopcy i dziewczęta, prawdopodobnie już po służbie, flirtują zawodówkowo czyli głośno i bez sensu. Oczekujący trochę zdenerwowani, spoceni (lato w końcu jest). Ogarnia mnie fala śmiechu, być może to reakcja mojego organizmu na stres przed przesłuchaniem w sprawie popełnienia przestępstwa, obserwuję więc siebie trochę z nudów, trochę z niepokojem. Ani śladu stresu, jedynie ten prawdziwie nieadekwatny do warunków, szampański nastrój. Bo zawsze mnie bawi urząd od podszewki, od zawsze uwielbiam obserwować szybkie metamorfozy zwykłych ludzi w mundurowe, nie znoszące sprzeciwu, służby.
Jest moja blondynka! To ona mnie przesłucha w ponurej, mrocznej, kryminalnej sprawie. Jest bardzo młoda i posługuje się językiem urzędowym, surowym jak jej czarne kreski na niebieskich oczach i mało seksownym, jak jej za duża koszula służbowa. Ale bać się jej należy, w końcu to nie przelewki i nie kawa w Śródmieściu. Prawie umarłam ze śmiechu, kiedy w swoim gabineciku, chłodnym tonem, udzielała mi pouczeń a na blacie jej biurka leżał telefon komórkowy emitujący Radio Eska czy inną, podobnie śmiechu wartą, stację. Blondynka surowo mnie karci i zdjęcia mojego samochodu mi pokazuje (na wszelki wypadek gdybym zapomniała czym się poruszam), a w radyjku nieoczekiwanie jakieś komputerowo zmodyfikowane dziewczę śpiewa coś jak "fuck me, fuck me or let me fuck you" w rytm tanecznej, nieznośnej muzyki. I jak tu się nie uśmiać w tak poważnej chwili! Pani Strażniczka Miasta pewnie ni w ząb nie orientuje się jakie przeboje stanowią muzyczne tło dla jej spotkań z przestępcami. Ładne to do bólu i śliczne. Smarzowski mógłby wpleść taką scenę do któregoś swojego starszego filmu, bo to i śmieszy i boli. "Czy chce Pani jeszcze coś zeznać?". Zafrapowałam się, bo chyba powinnam, zamiast się głupkowato uśmiechać i ruszać w rytm muzyki nóżką pod stołem. "Nie wiedziałam, że w tym miejscu jest zakaz, nie ma znaku od strony Puławskiej, od której wjeżdżałam" (tylko takie brednie mi przyszły do głowy). Śliczna pani 'Straż Miejska' powoli podnosi oczy a ja widzę tę scenę w zwolnionym, filmowym tempie. Jej głos brzmi ostro i dobitnie, wierci mi dziurę w mózgu : "TO TERAZ PANI JUŻ WIE".
Niczym rasowiec niepoczytalny uśmiecham się, bo nawet te słowa usłyszałam w wersji zwolnionej. Pani SM patrząc mi w oczy, zamyka kajecik. Trzask. No tak, teraz już wszystko wiem.
Wiem też, że parkowanie w tym mieście to sport ekstremalny graniczący z popełnianiem przestępstw. A ZDM mi na to : "niestety, abonamentowe parkowanie jest tylko dla zameldowanych mieszkańców, wynajmujący lokale użytkowe od Urzędu Miasta muszą sobie jakoś radzić". Tyle ma do powiedzenia, wspierające inicjatywy mieszkańców, Miasto w sprawach Miejskich. Pełna skruchy obiecuję, że od dzisiaj parkuję na darmowym Ursynowie a swoje ciężkie prace, stoły, worki gipsu i inne gadżety noszę pokornie, za karę, na barkach, piechotą z Ursynowa na Stary Mokotów. Jakaś kara musi być, bo ostatecznie blondwłosa straż miejska tylko mnie pouczyła. A mi po głowie pałęta się ten śmieszny refren Fuck me or let me fuck you.
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Porady GPS
Znerwicowanym dzieciom, które trudno uspokoić, dorosłe mądrale mówią : "wypłacz się dowoli". Nieco starszym histerykom mówią "wykrzycz to, wyrzuć to z siebie". Jednostkom niedopasowanym będącym gdzieś na pograniczu ukształtowanego samotnika a uzależnionego od kontaktu z drugim człowiekiem nałogowca, gps, na powitanie, powinien mówić "cześć, jesteś w kiepskim stanie, wyjeździj to". Czyli spędź w swoim samochodzie na warszawskich (umiarkowanie pustych w niedziele) ulicach sześć godzin, niech cię koła poprowadzą do nigdzie, skrzyżowań i rond jest wiele, piosenka w odtwarzaczu tylko jedna. Dojedź sobie do nieznanego węzła komunikacyjnego, zawróć, gdy tylko nadarzy się taka okazja, za osiemset metrów przygotuj się do skrętu w lewo, w następną skręć w lewo, skręć w lewo, skręć w lewo! Miej sobie tym razem na blacie ile chcesz, otwórz okna i jedź. Potem zmień środek lokomocji na rower i gnaj z tą jedną, uporczywą myślą po polach, sporo piaskowych tras jest wzdłuż Wisły. Wprawdzie kończą się przy którymś tam moście na północy miasta, ale zawsze to przynajmniej pół godziny wśród ożywczej zieleni. Jedź więc, biegnij, pędź i przemyśl to. TO wyjeździj. A jak ci tej jednej piosenki wiatr z łba nie wywieje, to trudno. Uporasz się. Piosenki to do siebie mają, że je szybko inne klawe kąski zastępują. A jeśli ów kawałek ciągnie się za tobą już od lat? Zmień w końcu płytę w odtwarzaczu, zrób sześćset kilometrów od swojej rzeczywistości w głąb lądu. Zobaczysz, jakoś to wywieje, się wywieje. I gdy tylko nadarzy się taka okazja - zawróć.
środa, 15 czerwca 2011
Sklejka love story
Być może powinnam pospierać się z anonimami, ale z anonimami nie chce mi się gadać, nie mają tożsamości, jałowi są i tak bardzo sami sobą zlęknieni, że chyba lepiej tego nie ruszać, by kogoś dodatkowo nie lękać. Jeszcze się ktoś niechcąco straumi i zapomni kim jest, lubczasopismem, grupą docelową czy sobą. Blog jest, całe szczęście, mój i tylko mój, więc robię i piszę, co mi się chce. Czasem sobie, całe szczęście, pobluzgam, czasem się, całe szczęście, rozczulę. Nade wszystko jednak cenię i wybieram kontakty bezpośrednie, te najprostsze, charakteryzujące się wymianą energii, zamiast jałowego se anonimowego ględzenia "wte i wewte". Bo w kontaktach bezpośrednich przynajmniej nie trzeba czepiać się braku umiejętności czytania ze zrozumieniem. Potrzebującym więc numer swój podam, nim zatracę się w miłości bezgranicznie - 510 233 522.
A z miłością było tak :
Jest takie miejsce na Pradze co forpłytem się zwie. Prawdziwy raj dla straconych między mdfem a sklejką. I dla tych, co ich natura w wyolbrzymioną wrażliwość i fantazję wybujałą wyposażyła. Jestem pewna, że pofolgować sobie mogę, bo nie wyobrażam sobie forpłytowego jegomościa czytającego mało poczytne blogi. A jegomość wzmianki wart jest z całą pewnością.
Całe szczęście, że i w kontaktach bezpośrednich się sobie nie przedstawiamy, bo byłby teraz ów Marek, Darek czy Jurek spłonął z zażenowania. Nic to takiego, chłopię proste (i wyprostowane), tu se splunie, tam se kurwą jebnie, w obyciu trudny, niekompletny gabinet uzębienia posiadający, szerokie robocze drelichy (te, co to tylko w kinie radzieckim się pojawiały), kiepski tatuaż na pięknym bicepsie, trudne to to w obyciu i żart ma szowinistyczny, za to cudnie dla dam w forpłycie wkoło piły zatańczy i więcej, niż się należy, uwagi poświęci. Taki sobie pan od mdf, z zaćmionego dziś księżyca. Typ spod gwiazdy, której też dzisiaj nie widać. Prześliczny. Trzy słowa może zna, reszta chyba w obcym narzeczu, a taki komunikatywny! Porusza się jak maszyna, niczym robot wykonuje kolejne cięcia sklejki (lub mdfu), nie wypowie ani słowa więcej niż trzeba, przytnie, dotnie, przerżnie, zapakuje i gratis coś doda, bo ostatecznie czemu by nie?
Stoję jak ta mimoza w zwariowanej, lekko przepoconej kolejce samców-stolarzy i oczom nie wierzę. Za to uszom swoim wierzę, więc używam ich bez ograniczeń. A pani taki piękny uśmiech (zazwyczaj daję w pysk, tym razem omdlewam), a pani lepiej kupi sklejkę (przyszłam po coś innego, wychodzę ze sklejką), a pani zapłaci w kasie (potykam się w dziwnym amoku o trzeci schodek), a pani już tu była (pamięta, skurczybyk jeden!), a pani sobie to weźmie za darmo, jak chce (jakie poszanowanie dla stałego, stale niedopasowanego klienta). Wybaczcie ten heterycki poemat na cześć zagubionego w akcji pracownika od cięcia płyt, ale rusza się, skubany, tak zgrabnie, że każdy esteta, bez względu na zapartywania płciowe, by to docenił. Jakie to wspaniałe popodglądać piękny, śniadocery obiekt, który, przy całej swojej prostocie i skrzywionym ciosem nosie, stał się moją nową przemuzą.
Miłość moja platoniczna zakończona została jedynie zakupem sporego kawałka sklejki, ale czy to nie dobrego drewniane początki?
ps. o kolejnych muzach, Markach, Darkach czy Jurkach, przy okazji.
A z miłością było tak :
Jest takie miejsce na Pradze co forpłytem się zwie. Prawdziwy raj dla straconych między mdfem a sklejką. I dla tych, co ich natura w wyolbrzymioną wrażliwość i fantazję wybujałą wyposażyła. Jestem pewna, że pofolgować sobie mogę, bo nie wyobrażam sobie forpłytowego jegomościa czytającego mało poczytne blogi. A jegomość wzmianki wart jest z całą pewnością.
Całe szczęście, że i w kontaktach bezpośrednich się sobie nie przedstawiamy, bo byłby teraz ów Marek, Darek czy Jurek spłonął z zażenowania. Nic to takiego, chłopię proste (i wyprostowane), tu se splunie, tam se kurwą jebnie, w obyciu trudny, niekompletny gabinet uzębienia posiadający, szerokie robocze drelichy (te, co to tylko w kinie radzieckim się pojawiały), kiepski tatuaż na pięknym bicepsie, trudne to to w obyciu i żart ma szowinistyczny, za to cudnie dla dam w forpłycie wkoło piły zatańczy i więcej, niż się należy, uwagi poświęci. Taki sobie pan od mdf, z zaćmionego dziś księżyca. Typ spod gwiazdy, której też dzisiaj nie widać. Prześliczny. Trzy słowa może zna, reszta chyba w obcym narzeczu, a taki komunikatywny! Porusza się jak maszyna, niczym robot wykonuje kolejne cięcia sklejki (lub mdfu), nie wypowie ani słowa więcej niż trzeba, przytnie, dotnie, przerżnie, zapakuje i gratis coś doda, bo ostatecznie czemu by nie?
Stoję jak ta mimoza w zwariowanej, lekko przepoconej kolejce samców-stolarzy i oczom nie wierzę. Za to uszom swoim wierzę, więc używam ich bez ograniczeń. A pani taki piękny uśmiech (zazwyczaj daję w pysk, tym razem omdlewam), a pani lepiej kupi sklejkę (przyszłam po coś innego, wychodzę ze sklejką), a pani zapłaci w kasie (potykam się w dziwnym amoku o trzeci schodek), a pani już tu była (pamięta, skurczybyk jeden!), a pani sobie to weźmie za darmo, jak chce (jakie poszanowanie dla stałego, stale niedopasowanego klienta). Wybaczcie ten heterycki poemat na cześć zagubionego w akcji pracownika od cięcia płyt, ale rusza się, skubany, tak zgrabnie, że każdy esteta, bez względu na zapartywania płciowe, by to docenił. Jakie to wspaniałe popodglądać piękny, śniadocery obiekt, który, przy całej swojej prostocie i skrzywionym ciosem nosie, stał się moją nową przemuzą.
Miłość moja platoniczna zakończona została jedynie zakupem sporego kawałka sklejki, ale czy to nie dobrego drewniane początki?
ps. o kolejnych muzach, Markach, Darkach czy Jurkach, przy okazji.
wtorek, 24 maja 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















